Wysoko, pięknie, niebezpiecznie – klifem z Orłowa do Gdyni (fotorelacja)

To nie jest zwykły spacer. Ścieżka, która prowadzi z Orłowa do Gdyni górą – przez las, wzdłuż krawędzi klifu i jest bardziej wędrówką niż przechadzką. Nie bez powodu Stefan Żeromski tak bardzo ją ukochał. To miejsce, gdzie ziemia urywa się nagle, gdzie korzenie drzew trwają w zawieszeniu nad przepaścią, a za każdym zakrętem otwiera się widok, który zapiera dech.

Bywali tu razem Żeromski i Lechoń. Szli przez szeleszczące liście, mijając głazy, wypatrując światła w Zatoce. Ich rozmowy zaginęły w czasie, ale pozostała ścieżka. Wciąż można ją przejść, słysząc własne kroki, czując zapach jodu i żywicy, zerkając raz po raz w bok (z przerażeniem, bo jednak wysokość klifu jest odczuwalna), tam, gdzie kończy się grunt.

Bo to spacer po granicy. Z jednej strony gęsty, półdziki las. Z drugiej stromy klif, wciąż podgryzany przez morze. Ścieżka raz oddala się od krawędzi, by znów do niej wrócić, igrając z równowagą. Niektóre odcinki są szerokie i wygodne, inne wąskie, niemal zwodnicze, jakby natura chciała przypomnieć, że piękno bywa ryzykowne.

Wędrując tym szlakiem, człowiek milknie. Zaczyna słuchać  morza, wiatru w koronach drzew, własnych myśli. To droga kontemplacji, może nawet pisania. Tak, jak pisał Żeromski, z notesem w kieszeni, przystając pod bukami, zerkając w niebo, które zdaje się tu niżej niż gdziekolwiek indziej.

I choć dziś nikt już nie chodzi w kapeluszu z piórem i nie cytuje Norwida w półgłosie, ścieżka trwa. Wydeptana przez pokolenia stóp, przyjmująca biegaczy, wędrowców, zakochanych, samotnych. Każdy niesie coś ze sobą, swój smutek, zachwyt, potrzebę oddechu.

Na końcu czeka Gdynia – zgiełkliwa, nowoczesna, pełna hałasu i ludzi. Ale jeszcze przez chwilę – póki idziesz lasem, póki jesteś wysoko – masz ten przywilej bycia między. Między lądem a wodą, między słowem a ciszą, między literaturą a realnością. I może właśnie dlatego ta ścieżka wciąż przyciąga.

Zdjęcia własne












Komentarze