Stefan Żeromski – brzmi poważnie, prawda? Duma polskiej literatury, autor Syzyfowych prac, Ludzi bezdomnych, Przedwiośnia. Człowiek, który „spalał się dla sprawy” i pisał z taką pasją, że jego proza do dziś potrafi przygnieść emocjonalnie. Ale prywatnie? Oj, to już zupełnie inna historia. I – uwaga – dużo ciekawsza niż niejeden szkolny podręcznik sugeruje (patrz poprzedni post).
Żeromski był emocjonalnie nadwrażliwy, co przy jego piórze dawało znakomite efekty literackie, ale w życiu codziennym czyniło z niego człowieka trudnego, momentami wręcz niemożliwego. Lęki, smutki, wewnętrzne rozdarcie – to był jego chleb powszedni. Miał fobie, stale się martwił o zdrowie (swoje i bliskich), był nieustannie spięty, zamyślony, niepewny. Słowem: nie był typem wesołka ani duszy towarzystwa.
Sam pisał o sobie jako o człowieku „zawsze obolałym na duszy i ciele” (cytuję z pamięci) – i to się czuło.
Sam pisał o sobie jako o człowieku „zawsze obolałym na duszy i ciele” (cytuję z pamięci) – i to się czuło.
Jego życie uczuciowe? Gdyby dziś istniał Instagram literackich celebrytów, Żeromski miałby tam własny dramatyczny serial. Jego pierwsza żona, Oktawia Rodkiewiczowa, była od niego starsza, miała dziecko z pierwszego małżeństwa, a ich związek był burzliwy, trudny i – co istotne – niezbyt szczęśliwy. Ich syn Adam zmarł młodo, co kompletnie roztrzaskało Stefana emocjonalnie i nigdy się z tego nie pozbierał.
Potem przyszła miłość do młodszej o dwadzieścia lat Anny Zawadzkiej, z którą spędził ostatnie lata życia – już poza małżeństwem, w ukryciu, w cieniu skandalu, z dala od opinii publicznej. Relacje, jakie utrzymywał z obiema kobietami równocześnie, były pełne napięcia, wyrzutów, rozstań i powrotów. Gdyby działo się to dziś, serwisy plotkarskie miałyby używanie.
Choć całe życie pisał o biedzie, sam przez większość życia biedował. Wiecznie brakowało mu pieniędzy. Pożyczał, kombinował, żył ponad stan, a honoraria autorskie nie nadążały za jego potrzebami. Co ciekawe, nie potrafił zarządzać finansami, a zarazem nie umiał żyć skromnie. Marzył o willi, miał słabość do pięknych przedmiotów, lubił, gdy życie wyglądało „godnie” – nawet jeśli to oznaczało życie na kredyt.
Wielki społecznik, wielki patriota – tak, to prawda. Ale był też człowiekiem, który często pękał pod presją. Bał się odpowiedzialności publicznej, bywał chwiejny, niepewny, rozdarty. Czasem deklarował w listach chęć działania, by po chwili pisać, że nie ma sił, że nienawidzi świata, że pragnie tylko samotności. Targany emocjami, nierzadko sfrustrowany, wiecznie „między” – między pracą a misją, między obowiązkiem a potrzebą ucieczki.
Miał silne zasady moralne, ale też namiętności, które trudno mu było okiełznać. Często cierpiał z powodu własnych sprzeczności – chciał być dobrym mężem, ale zakochiwał się bez pamięci. Chciał żyć zgodnie z etosem służby narodowi, ale bywał wykończony i marzył o ciszy i świętym spokoju. W listach bywał wylewny, rozbrajająco szczery, ale też potrafił zasłaniać się konwenansem i pisać tak, jakby bał się zbyt wiele ujawnić.
Żeromski prywatnie nie był pomnikiem, tylko człowiekiem – i to właśnie czyni go tak ciekawym. W jego życiu było wszystko: wielkie miłości, wielkie rozczarowania, ambicje, porażki, dramaty, długi, samotność, wrażliwość, słabość. Był emocjonalnym wulkanem z duszą moralisty, człowiekiem z wielką ideą i jeszcze większymi wątpliwościami. I może właśnie dlatego pisał tak, jak pisał – bo wszystko to znał od środka.
Na zdjęciu - Stefan Żeromski z córką Moniką, autor nieznany, rok 1925
Komentarze
Prześlij komentarz