Mamy relację Jana Lechonia o Stefanie Żeromskim ze wspólnego pobytu w Orłowie. Zwraca on uwagę na bardzo "czułość" Żeromskiego na przyrodę, o którym opisuje zmysłowym językiem.
Opis ten pochodzi z książki "Jan Lechoń. Portrety ludzi i zdarzeń" (Biblioteka "Więzi", 1997 ) - jest to zbiór esejów Lechonia poświęconych znanym postaciom, z którymi miał styczność. Przedruk z "Wiadomości" 1951, nr 51.
Wspólny nasz z Żeromskim pobyt w Orłowie przekonał mnie, że miał on w przyrodzie więcej takich przyjaciół i powierników, i utrwalił we mnie to wyobrażenie, jakie miał o nim nieznający go czytelnik jego książek, utożsamiający autora i jego dzieło.
Czułość Żeromskiego na przyrodę, polską przede wszystkim, będąca jednym z najsilniejszych wyrazów jego pisarskiego geniuszu — była też wiecznie drgającą struną jego ludzkiego uczucia, jego instynktem tak silnym, jak u innych instynkt człowieka, była źródłem jego ustawicznych uniesień, bliskich zarazem mistycznego zachwycenia i zmysłowej rozkoszy.
W owe chmury, w tę szarugę wczesnej jesieni, które dla mnie były tylko obrazem dręczącej nudy i przeszkodą do wyjścia z niezabawnego hotelu — Żeromski patrzał zamyślonym, prawie łzami zasnutym wzrokiem, jakby chciał nim przeniknąć tajemnicę pośpiechu tych chmur, pędzących po niebie, melancholii jesiennego deszczu i wiecznych odpływów i przypływów morza.
Niebo pogodne czy chmurne, żar letni czy wichry jesieni, zagony kartofli czy aleje starego parku — budziły w nim ten sam podziw, nietrudny do odgadnięcia pod milczeniem, w które nieraz zapadał w czasie naszych nadmorskich i pomorskich przechadzek. Idąc obok niego i nie przerywając tego milczenia, bez trudu zastępowałem sobie w myśli słowa zachwytu, którym nie pozwalał przedostać się na wargi — tymi, jakże znanymi memu pokoleniu, jakże ukochanymi przeze mnie stronicami Popiołów czy Wiernej rzeki, na których to, co Żeromski czuł teraz, wypowiedziane było przez wyrazy niedościgłe, przez zespół ich jedyny, o harmonii nieznanej dotąd naszej mowie.


Komentarze
Prześlij komentarz