Może przesadziłem z pytaniem w tytule, bo jednak Jan Lechoń angażował się w samopomoc, gdy był na emigracji w Nowym Jorku. Mam tu na myśli społecznikowskie odruchy, co jest dziwne, bo jego rodzice, a potem brat Zygmunt, poświęcili życie, pracując na rzecz ludzi potrzebujących (przeczytajcie historię Lasek i zakładu dla niewidomych).
To teraz o postawach/poglądach Jana Lechonia, który wyrastał w domu bardzo patriotycznym i pozytywistycznym, gdyż jego rodzice byli zaangażowani społecznie właśnie w duchu tych idei. I traktowali to bardzo poważnie, co miało przełożenie na wychowanie ich dzieci.
Ostrzegam, w tym poście będą uproszczenia, siłą rzeczy, ale po lekturach biogramów i postaw poety, tak widzę jego podejście do świata.
W czasach, gdy Stefan Żeromski głosił ideę spółdzielczości i pisał „głosami sumienia narodu”, Jan Lechoń wybierał zupełnie inną drogę. Zamiast trybuny – kawiarnia. Zamiast manifestu – sonet. A jeśli już miał wypowiadać się na tematy społeczne, to raczej z dystansem, ironią, a czasem ze znużeniem. Na emigracji co prawda pisał sążniste eseje o charakterze politycznym i wydawał czasopismo skierowane do Polonii i polskich żołnierzy na frontach, ale kierował się tu postawami patriotycznymi.
Lechoń nie był społecznikiem. I nie chciał nim być. Pochodził z inteligenckiej rodziny, od dziecka był otoczony książkami, ideami i... estetyką. To piękno (w sztuce, języku, tradycji) było dla niego najważniejsze. Wierzył w hierarchię, w kulturę narodową, w romantyczny etos, ale jednocześnie był sceptyczny wobec wszelkich rewolucji. Zwłaszcza tych lewicowych. Był konserwatystą w stylu francuskim, bardziej wrażliwcem niż politykiem, choć wypadałoby powiedzieć, że bardziej snobem. Całe jego towarzystwo musiało być ze szczytu drabiny społeczno-kulturalnej.
Jako współtwórca Skamandra Lechoń często uchodził za najbardziej „klasycznego” z grupy. Marzył o Polsce silnej, dumnej, odzyskanej, ale nie przez robotnicze masy, tylko przez elitę ducha. Komunizmu nienawidził szczerze i trwale. Gdy po wojnie został na emigracji, nie było już dla niego powrotu ani geograficznie, ani ideowo. Polska Ludowa była dla niego zaprzeczeniem wszystkiego, w co wierzył. Poświęcił przyjaźnie i najważniejszych dla niego ludzi w życiu, jak np. Tuwim, gdy wrócił do Polski Ludowej z emigracji. Kompromisów nie uznawał.
A jednocześnie Lechoń czerpał z życia pełnymi garściami. Jego dzienniki i listy to nie tylko rozważania o literaturze i polityce, ale też barwny zapis życia towarzyskiego, artystycznego, czasem wręcz dekadenckiego. Miewał stałych partnerów życiowych i przygodnych kochanków wszędzie, gdzie mieszkał. Warszawa, Paryż, Nowy Jork nie miały dla niego tajemic. Z jednej strony – wielbiciel Chopina, Norwida, sarmackiej tradycji. Z drugiej – bywalec nowojorskich knajp, człowiek pełen emocji, sprzeczności i ukrytych tęsknot. Żył na marginesie konwenansu, często ukrywając swoją prawdziwą tożsamość, także tę psychoseksualną. Jego „brak społecznego zaangażowania” nie wynikał z obojętności, tylko z przekonania, że jego rola poety jest inna: opiewać, nie reformować.
Lechoń nie był sumieniem narodu, choć zależało mu bardzo na tym, by wbić się w kanon, na dobrych recenzjach (kłania się Kultura Paryska i obopólna nienawiść wręcz), pochlebstwach etc. Był jego nerwem – czułym, błyskotliwym, niepokornym. I może właśnie dlatego jego głos tak długo jeszcze rezonuje.
Na zdjęciu okładka książki Wspomnienia o Janie Lechoniu, red. Paweł Kądziela, Biblioteka Więzi, Warszawa 2006 (zdjęcie mojego autorstwa).

Komentarze
Prześlij komentarz