Czytałem biografie, listy, opracowania twórczości, książki Stefana Żeromskiego i Jana Lechonia z uwagą i z rosnącym niepokojem. Bo im więcej się dowiadywałem, tym trudniejsze wydawało się zadanie, którego się podjąłem: napisać słuchowisko o ich wspólnym pobycie w Orłowie w 1920 roku. Z pozoru to sytuacja intymna, kameralna, mistrz i młody poeta, spacerujący wzdłuż morza, milczący, obserwujący chmury, wyczerpani wojną i życiem, szukający ciszy. Ale właśnie ta cisza jest najtrudniejsza do napisania.
Biografie Żeromskiego pokazują go jako człowieka głęboko rozedrganego, emocjonalnie surowego, duchowo wrażliwego, obdarzonego intensywnym stosunkiem do przyrody. Lechoń, z kolei, to postać z innego świata: ironiczna, neurotyczna, zagubiona, a w tym właśnie czasie krucha i po przejściach, świeżo po załamaniu psychicznym. Żeromski zaprosił go do Orłowa, by pomóc, być może nawet go ocalić.
Czy mogło się zdarzyć coś dramatycznego? Nie. I właśnie to milczenie, drobne gesty, nienapisane słowa, jest najciekawsze, ale i najbardziej ulotne. W listach, które przetrwały, jest wzruszenie, serdeczność, niedopowiedzenie. Matka Lechonia dziękuje Żeromskiemu z całego serca, sam Lechoń pisze do niego niezdarnie, ale z uczuciem, jakby chciał się schować za formułami grzecznościowymi, a jednocześnie się do niego przytulić. Żeromski odpowiada nie listem, lecz dedykacją w nowelce - i znów: tak wiele, tak dyskretnie.
Jak uchwycić to w słuchowisku? Jak zbudować dramaturgię z braku słów, z intymnego współistnienia dwóch dusz, z rozmów, których nie było? Nie chodzi tu przecież o stworzenie fikcyjnego dialogu, który „mógł się wydarzyć”, ale o oddanie napięcia tej osobliwej relacji: troski bez poufałości, gościnności bez pouczania, czułości bez egzaltacji.
Czy w ogóle się da?
Próbuję. Czytam na nowo fragmenty Popiołów i Wiernej rzeki, w których Żeromski mówi o przyrodzie tak, jakby mówił o samym sobie. Wracam do Dzienników Lechonia, choć to już inny czas, inna Ameryka, inne cienie. Próbuję nie pisać słów, tylko ich echo. Może w teatrze radiowym właśnie to jest najważniejsze - nie to, co postacie mówią, ale to, co zdarza się między nimi, w zawieszeniu głosu, w oddechu, w przemilczeniu.
Bo przecież latem 1920 roku w Orłowie wydarzyło się coś ważnego. Coś, czego nie było w gazetach, ale co przetrwało w listach, które dziś czytamy ze ściśniętym gardłem.
Zdjęcie mojego autorstwa.

Komentarze
Prześlij komentarz