„Żeromszczyzna” – słowo, które brzmi trochę jak nazwa choroby zakaźnej albo odmiana szczególnie ciężkostrawnej potrawy z XIX wieku. W rzeczywistości to termin literaturoznawczy i publicystyczny, który z biegiem lat nabrał znaczenia raczej pejoratywnego. Używano go (i nadal używa się) najczęściej z przekąsem, by opisać specyficzne cechy stylu i światopoglądu Stefana Żeromskiego. A niekiedy: jego epigonów i naśladowców.
Skąd się wzięło to słowo?
Termin „żeromszczyzna” zaczęto stosować jeszcze za życia pisarza – nie bez irytacji. Z jednej strony uznawano go za „sumienie narodu”, z drugiej – za patetycznego moralistę. Krytycy zarzucali mu, że zamiast pisać literaturę, urządza emocjonalne kazania w formie powieści. I to w stylu, który potrafi zmęczyć nawet najbardziej wyrozumiałego czytelnika.
Czym pachnie żeromszczyzna?
-
Patosem i egzaltacją – Żeromski nie pisał „normalnie”. U niego każde uczucie to wstrząs, każdy czyn to czyn moralny, każda scena – cierpienie duszy. Można odnieść wrażenie, że jego bohaterowie nigdy nie siadają spokojnie przy herbacie, tylko od razu drżą, płoną, rzucają się na ściany i roztrząsają sens istnienia.
-
Społeczno-patriotycznym kaznodziejstwem – Wiele jego utworów to nie tyle opowieści, co traktaty o Polsce, narodzie, krzywdzie chłopa, etosie inteligenta, niedoli robotnika itd. Czasem ciekawe i wzniosłe, ale często: łopatologiczne i przewidywalne.
-
Przerysowaniem i emocjonalną histerią – Żeromski nie znał słowa „umiarkowanie”. Jeśli miłość, to do grobowej deski. Jeśli zdrada, to z wyrzutami sumienia na pięć stron. Jeśli dramat, to taki, że trzeba leżeć i płakać.
-
Moralnym cierpieniem bohaterów – Bohater Żeromskiego rzadko robi coś po prostu. On walczy ze sobą, rozważa swój obowiązek wobec ludzkości, przeżywa wewnętrzne męki, cierpi za miliony. Czytelnicy? Też cierpią – ale z innych powodów.
Dlaczego niektórzy to kochają, a inni nienawidzą?
Dla jednych żeromszczyzna to kwintesencja zaangażowanej, „wielkiej” literatury narodowej – z misją, z dramatem, z ideą. Dla innych – pretensjonalna, przegadana, męcząca pisanina, w której życie zamienia się w niekończący się monolog cierpienia.
Żeromszczyzna to też powód, dla którego tak wielu uczniów znienawidziło Ludzi bezdomnych i obawia się Przedwiośnia. Bo nawet jeśli te powieści mają coś do powiedzenia, to mówią to z takim natężeniem, że człowiek ma ochotę wyłączyć dźwięk i uciec.
Czy można z tym żyć?
Owszem. Warto znać Żeromskiego – dla jego znaczenia, odwagi, wrażliwości społecznej, intuicji historycznej. Ale żeromszczyznę? Lepiej dawkować ostrożnie. Albo: nauczyć się ją rozbrajać ironią.
Tutaj garść cytatów z Ludzi bezdomnych, może nie są idealne do tego postu, ale pokazują wystarczająco styl autora, bardzo manieryczny z wielkimi kwantyfikatorami:
Chciałabym pisać prawdziwie i szczerze, a to jest trudność niesłychana. Mam dużo myśli na pół świadomych, jakby zabłąkanych z cudzej okolicy, które, jeżeli nawet sama sobie zechcę sformułować, już się zmieniają pod piórem i nie są takie... Jak to zapisywać? Tak jak nadchodzi, czy tak jak się w słowie zmienia?
Wtedy uczuła na swych wargach niby rozżarzone węgle. Szczęście jak ciepła krew wpłynęło do jej serca falą powolną. Słyszała jakieś pytania, słowa ciche, święte, spod serca. W ustach swych wyrazów znaleźć nie mogła. Mówiła pocałunkami o głębokim szczęściu swym, o dobrowolnej ofierze, którą witała...
Złe niewątpliwie jest tylko jedno: krzywda bliźniego. Człowiek – jest to rzecz święta, której krzywdzić nikomu nie wolno. Wyjąwszy krzywdy bliźniego, wolno każdemu czynić, co chce.
To mi się podoba! Umrzeć dlatego, że taka jest moja wola, umrzeć wtedy, kiedy chcę, kiedy j a chcę, ja — pan, duch, i za to, co biorę pod moją silną rękę, co j a biorę w obronę. Rozumie się, że w tym może być trocha jakiejś ambicji! (...) Chodzi o to, żeby obudzić się ze snu i śmierć, gdyby stanęła przy naszym wezgłowiu, powitać z takim samym uśmiechem jak kwietniowy poranek. O, Boże! Nie bać się śmierci...
Komentarze
Prześlij komentarz