Post (chyba) ironiczny, ale naprawdę postawiłem sobie takie pytanie

Za co współcześnie można nie lubić twórczości Jana Lechonia? Skupiam się na twórczości, gdyż do jego biografii będę jeszcze nie raz wracał, a tu kontrowersji jest co niemiara. Dla mnie Lechoń jest fascynujący również w tym, co może się w nim nie podobać, a co nadal wzbudza w nas emocje. Już sama lektura jego Dzienników bardzo, ale to bardzo irytuje, zwłaszcza gdy ujawnia całą swoją małostkowość, by nie powiedzieć małość w stosunku do otaczającej rzeczywistości, a równocześnie jest to fascynujące studium przypadki i na pewno ważny element jego legendy.. To tak w skrócie, będę do tego wracał

Jan Lechoń to błyskotliwy poeta, współtwórca Skamandra, dandys, erudyta, esteta. Jeden z tych, o których mówi się z szacunkiem, ale i pewnym dystansem. Bo chociaż jego wiersze zdobią antologie, a nazwisko figuruje w podręcznikach, to czy Lechoń naprawdę porusza dzisiejszego czytelnika? A jeśli nie, to dlaczego? I co w jego postaci lub twórczości może dziś irytować?

Po pierwsze: pozorny chłód emocjonalny. Dla wielu współczesnych czytelników wychowanych na literaturze osobistej, konfesyjnej i otwarcie emocjonalnej, Lechoń może wydawać się zdystansowany. Jego perfekcyjne rymy i klasyczna forma bywają odbierane jako literacka poza, za którą trudno dostrzec człowieka z krwi i kości. A przecież był człowiekiem pełnym sprzeczności, emocji i cierpienia. Problem w tym, że w jego poezji często brakuje tej otwartości, mówił o sobie nie wprost, za maską kultury, formy, tradycji.

Po drugie: brak jednoznacznego zaangażowania. W czasach, gdy oczekujemy od artystów wyraźnych postaw, Lechoń jawi się jako figura dwuznaczna. Patriotyzm? Owszem – ale w wersji salonowej. Sprzeciw? Raczej eleganckie niedopowiedzenie. Nie angażował się politycznie tak ostro jak Miłosz, nie rozliczał się z historią jak Różewicz, nie wyznawał dramatów tak jawnie jak Wojaczek. To, co kiedyś uznawano za klasę i taktowność, dziś może być odbierane jako unikanie odpowiedzialności lub wygodne ucieczki w estetykę. Ok - przyznaję, z tym można polemizować, bo jednak był serio niezłomny w swoje postawie antykomunistycznej, zwłaszcza gdy widział, jak PRL łamał kręgosłupy jego przyjaciołom pisarzom.

Po trzecie: sztuczność i kokieteria. Lechoń był mistrzem autoprezentacji. Starannie kreował swój wizerunek, dbał o elegancję, ton, styl. Dla dzisiejszego odbiorcy, który często ceni autentyczność ponad stylizację, taka postawa może razić. Zamiast autentycznego „ja” – widzimy perfekcyjnie ułożone „on”. A przecież wiemy (dziś bardziej niż kiedykolwiek), że za tą maską kryła się rozpacz, depresja, samotność, ukrywana tożsamość seksualna. Czy nie chciał jej ujawnić, czy nie mógł?

Wreszcie: estetyzacja rzeczywistości. Lechoń był zakochany w dawnym świecie, w klasycyzmie, francuskim esprit, złotych ramach tradycji. Tymczasem dziś chcemy, by literatura szarpała, uwierała, drążyła. Jego upodobanie do piękna, harmonii i formy może wydawać się anachroniczne, a nawet oderwane od życia. Nie, inaczej albo wprost - Lechoń był koszmarnym snobem, już od czasów warszawskiej młodości, gdy biegał po ulicach w tym samym poprzecieranym ubraniu i nie miał grosza przy duszy.

A jednak – warto dodać – to wszystko, co może drażnić, jednocześnie czyni go postacią fascynującą. Bo Lechoń to nie tylko poeta klasycznej frazy. To człowiek rozdarty między tym, co wypadało, a tym, co czuł. Między romantyzmem a ironią. Między Polską a Ameryką. Między życiem a literaturą.

Więc czy można go dziś nie lubić? Oczywiście. Ale nie sposób przejść obok niego obojętnie. I być może właśnie to jest miarą jego wielkości, że nadal potrafi budzić emocje. Choćby i negatywne.

Foto: Wikimedia Commons, Jan Lechoń, 1931, a więc w czasach jego początków paryskich, gdy już wkraczał w świat najlepszych salonów i nawiązywał kontakty z najwybitniejszymi umysłami i artystami epoki





Komentarze