To będzie oczywiście skrótowy post, bo temat jest bardzo obszerny. Wbrew pozorom Lechoń prywatnie nie był wcale postacią łatwą. Pod powierzchnią żartów i bon motów krył się człowiek niezwykle wrażliwy, pełen niepokoju, wewnętrznych sprzeczności i nieustającego lęku przed porażką. Był neurotyczny, bardzo podatny na krytykę, nękany depresją, co zresztą szczególnie tragicznie wybrzmiało w jego emigracyjnych dziennikach. Pisał w nich bez znieczulenia o swojej samotności, bezsenności, lękach i głębokim poczuciu klęski.
Jednocześnie był człowiekiem o ogromnej potrzebie uznania i nie chodziło tylko o literackie pochwały. Lechoń tęsknił za bliskością, zrozumieniem, przyjaźnią. Był na ogół lojalny wobec swoich przyjaciół, ale i bardzo zależny od ich opinii. Potrafił rozpamiętywać drobne zniewagi, długo nosić w sobie żal, ale też z dziecięcym zachwytem reagować na najmniejsze przejawy życzliwości.
Miał wyrafinowane poczucie humoru, był mistrzem salonowej konwersacji i złośliwości w najlepszym stylu. Potrafił być czarujący, błyskotliwy, przyciągał ludzi swoją inteligencją i erudycją. Ale też bywał wyniosły, drażliwy, pełen kompleksów. Zwłaszcza wobec młodszych poetów, którzy zdobywali popularność, gdy on sam coraz bardziej czuł, że jego czas przemija.
Nie bez znaczenia była jego ukrywana (z konieczności) orientacja seksualna. W czasach, gdy homoseksualność oznaczała społeczne wykluczenie, Lechoń żył w stałym napięciu. To napięcie przelewało się zarówno do jego poezji i często pełnej niedopowiedzianej tęsknoty, jak i do jego życia codziennego, w którym przemykało się między normami a pragnieniami.
Po lekturach listów, dzienników, biografii poety, stwierdzam, że Lechoń prywatnie to człowiek głęboko samotny, nawet jeśli otaczał się ludźmi. To poeta, który bał się milczenia, bo wtedy musiał słuchać własnych myśli. To perfekcjonista, który nigdy nie był do końca zadowolony z siebie. To melancholik w masce ironisty.
Czy można było go lubić? Tak, wielu go lubiło, wielu podziwiało. Ale równie wielu czuło, że pod jego uprzejmością kryło się coś nieuchwytnego. Dziś, z perspektywy czasu, może warto zobaczyć w Lechoniu nie tylko poetę formy, ale i człowieka rozpaczliwie walczącego o godność, bliskość i sens. I może właśnie w tym najbardziej staje się nam bliski – w swojej niedoskonałości.
Komentarze
Prześlij komentarz