„Wiatr od morza” – Żeromski w obronie polskiego brzegu

Są książki, które powstają z poczucia misji, ale też autentycznej ciekawości. Taką książką jest Wiatr od morza Stefana Żeromskiego. Dzieło nietypowe, hybryda eseju, opowieści krajoznawczej i literackiego manifestu, napisane w 1922 roku jako reakcja na niemiecką propagandę i próbę odebrania Polsce odzyskanych ziem nadbałtyckich.

To książka, która oddycha morzem, ale nie jest to leniwe plażowanie. To morze jest zimne, wietrzne, pełne historii i krwi. Żeromski pokazuje Pomorze jako ziemię sporną, uświęconą trudem kaszubskich rybaków, chłopów i nauczycieli, ale też zranioną przez germanizację i przemoc. Każda linijka tego tekstu krzyczy: „To jest nasze!”.

Narrator przemierza wybrzeże, od Helu przez Puck, Gdynię, Orłowo, aż po Sopot i Gdańsk i wszędzie widzi nie tylko krajobraz, lecz także historię. Spotyka ludzi prostych, często zranionych przez los, ale mocno związanych z ziemią. Fragmenty opisowe przeplatają się z refleksjami o losie narodu, języku, kulturze i prawie do bycia u siebie.

Dziś Wiatr od morza nie czyta się łatwo. To książka mocno zakorzeniona w swojej epoce: pełna emfazy, momentami patosu, nasycona ideą narodową. Ale jej siła emocjonalna wciąż robi wrażenie. Żeromski pisał ją „na zadanie”, z potrzeby chwili politycznej i duchowej, ale nie poprzestał na agitce. Wyszedł z niej utwór literacki trudny, ale prawdziwy.

Wielu krytyków zarzucało mu wtedy, że przesadził. Że język za ciężki, przekaz zbyt jednoznaczny. Ale czy właśnie nie na tym polegało zadanie Żeromskiego, tego „sumienia narodu”? Przeciwstawić się słowem tam, gdzie toczy się walka o duszę ziemi?

Dla mnie Wiatr od morza to zapis tęsknoty. Nie tylko za Polską silną, ale za Polską głęboko zakorzenioną. Za Polską, która nie wstydzi się swojej ludowości, swojego kaszubskiego języka, swojego brzegu, po którym chodził wiatr i ludzie z pokorą i dumą.




Korzystam z wydania: Stefan Żeromski, Wiatr od morza, Czytelnik, Warszawa 1973




Komentarze