Jest coś wzruszającego w tej historii. Dwóch ludzi, pozornie z różnych światów: Żeromski - samotnik, prorok literatury, zmęczony życiem i historią. Lechoń - błyskotliwy młody poeta, zagubiony, ale zakochany w słowie. Ich spotkanie nie było przypadkiem, to był moment, w którym jedno pokolenie podawało rękę drugiemu.
Czytam ich listy i widzę, jak Lechoń szukał w Żeromskim nie tylko autorytetu, ale też ojca, przyjaciela, kogoś, kto zrozumie, że literatura to nie tylko forma, lecz także odpowiedzialność. A Żeromski zmęczony, zawiedziony polityką, wojną, ale jednak czuły odpisuje z prostotą, z troską.
To wszystko działo się w Orłowie, w 1920 roku. Wyobrażam sobie ten moment: rybacka chata, szum morza, Polska na skraju wojny, a w środku tego wszystkiego dwóch ludzi, którzy rozmawiają o sensie pisania. I może właśnie tam Lechoń zrozumiał, że poezja to nie tylko gra słów, ale obowiązek wobec świata.
Żeromski zmarł w 1925 roku. Lechoń żył jeszcze długo, ale nigdy nie zapomniał. W „Dzienniku” pisze o nim z taką czułością, jakiej rzadko używał wobec kogokolwiek. Krytykuje go tylko raz, ale może o tym napiszę później.
Dla mnie ta relacja to lekcja pokory. I przypomnienie, że prawdziwe spotkania zdarzają się rzadko, ale zostają na zawsze.

Komentarze
Prześlij komentarz